Od kilku lat męczę i stresuję się z blokiem zatokowo-przedsionkowym II-giego stopnia. Może zabrzmi to źle ale byłem u dobrych kilku kardiologów i do żadnego z nich nie mam pełnego zaufania (choćby ze względu na ich wykluczające się opinie w pewnych kwestiach).
Jestem w swoich latach 20 i mam zalecone, by co roku robić sobie badania kontrolne (holter). Zaburzenie uchwycone na holterze nie wskazują na konieczność zamontowania rozrusznika. Mimo to martwię się: czy aby na pewno nie powinienem mieć wszczepionego rozrusznika?
Moje objawy? Prawie codziennie czuję jak serce gwałtownie przystaje i dalej już rusza normalnie. Zawsze towarzyszy temu uczucie dławienia w gardle, a czasem osłabienia. Ostatnio coraz częściej mam całe serie takiego "przystawania"- czuję jakby serce się zapadało, po czym rusza, znowu się zapada i tak kilka razy. Towarzyszy temu to uczucie dławienia w gardle i strach o życie.
Tych serii nie mam jednak na holterze, bo dotychczas nie miałem okazji go przy nich nosić. One są bardzo agresywne i potrafią się ujawnić w każdej chwili, bez żadnej, wyraźnej przyczyny. Nie wiem po prostu czy tego typu zatrzymywanie się serca nie zagraża życiu. Być może gdyby były uchwycone na holterze to musiałbym mieć wszczepiony rozrusznik?
Macie na ten temat jakieś myśli? Byłbym bardzo wdzięczny za wszelkie sugestie.

